Kartki

Jestem miłośnikiem piłki nożnej. Nie na tyle jednak, aby jako kibic jeździć na mecze swojej ulubionej drużyny, a nawet oglądać regularnie transmisje telewizyjne (o ile są). Uważam nawet, że pasjonowanie się wszystkim, co dotyczy drużyny przeszkadza w obiektywnej ocenie jej dokonań. Nie chcę na przykład wiedzieć, że zawodnik X grał słabo, bo poprzedniego dnia urodziło mu się dziecko, albo że poznał jakąś panienkę i kondycję diabli wzięli... sami rozumiecie dlaczego. Zupełnie nie interesują mnie "sprzedane mecze", "kupione punkty" i wszelkie inne machlojki, a nawet sprzedajni sędziowie. Bo tak się składa, że "wynik idzie w świat" i tego już nikt nie ma prawa zmienić. Siłą rzeczy interesuje mnie jednak, kto i dlaczego otrzymał żółtą bądź czerwoną kartkę, bo to daje obraz gry.

Ale nic więcej. Bo pozostałe elementy widać w tabeli wyników.

Chyba domyślacie się, że takie mecze przypominają rzecz o wiele ważniejszą, czyli samo życie. Dlatego pozwoliłem sobie w tym tekście zabawić się w sędziego, wypełniłem kieszeń kartkami i ruszyłem na boisko. Nie muszę dodawać, że moje kartki są innego koloru niż w meczu piłki nożnej.

Kartka fioletowa

Nie chcę opisywać tej drużyny i jej zachowania od początku. Nie będę też oceniał jej poprzednich meczów. Ilość zebranych przez nią kartek jest tak wielka, że właściwie eliminuje ją z gry. Ale mnie interesuje tylko mecz ostatni. Do jego rozegrania drużyna ta postanowiła przystąpić po licznych zabiegach, które miały poprawić jej wizerunek w oczach widzów. Zabiegi te były następujące: ze składu wyrzucono zawodników, którzy otrzymali kartki wykluczające ich z udziału w jakimkolwiek meczu do końca sezonu. W tym dwie gwiazdy: jedna, która nie chciała słuchać trenera i realizować jego taktyki i druga, która w sposób oczywisty grała stylem archaicznym, który zginął z boisk w naszym kraju gdzieś w początkach lat dziewięćdziesiątych. Trener zrobił to z żalem, ale zrobił. Na ich miejsce wprowadzono do drużyny zawodników rezerwowych. Część z nich nie została zaakceptowana przez drużynę i trzeba było odsunąć ich do rezerw. Publiczność zaczęła jednak przemyśliwać o innym rozwiązaniu. Otóż zdarza się często, że przy tak licznych wpadkach i przegranych meczach winę przejmuje na siebie trener. Okazało się jednak, że na niego nie było w drużynie siły. Można było zmienić całą drużynę, ale trener musiał zostać. Zresztą jeden mecz udało się wygrać (o "kupionych punktach" postanowiliśmy nie mówić) i teraz trzeba się było zastanowić, co dalej. Jedynym wyjściem pozostał przegląd wszystkich zawodników drużyny i wyeliminowanie tych, którzy najbardziej jej szkodzili. Myśl dobra i może nawet jedyna dobra. Liczono się z tym, że z drużyny może odejść nawet jedna trzecia zawodników. I to tych, którzy, bywało, grali w pierwszym składzie. Pozostał jednak dylemat: kto tę weryfikację przeprowadzi? Na to pytanie nikt, kto rozsądny nie potrafi odpowiedzieć do dzisiaj. Trener? Sam jeden? Fizycznie niemożliwe. Poza tym, z doświadczenia wynikało, że jego poczynania dotychczas nie były trafione. Sami zawodnicy? Jeszcze gorzej! Istnieje oczywista obawa, że ta selekcja da wyniki odwrotne do oczekiwanych. Wszyscy członkowie klubu? Myśl przednia, znana od wielu, wielu lat, ale jak wykazała historia klubu do niczego nie prowadzi, a raczej prowadzi do katastrofy. Więc kto? Nie umiem tego powiedzieć. Dlatego wręczam klubowi "fioletową kartkę" ostrzegawczą: zróbcie coś czym prędzej, bo jak tak dalej pójdzie, w następnym sezonie będziecie grali w drugiej, a może nawet trzeciej lidze.

Kartka czarna

Ta drużyna osiąga ostatnio wiele sukcesów. Wiadomo, że gra pod hasłem "bij mistrza" podoba się wielu. I na dodatek na trybunach zebrała się publiczność, która zamiast dopingować swoich - zdegustowana ich grą - zaczyna dopingować przeciwników. To się zdarza i ma na celu pewnego rodzaju terapię: może, jak dostaną tęgie lanie, nagle się obudzą, będzie im wstyd i zagrają w końcu jakiś dobry mecz. Na razie nic takiego nie nastąpiło. Czyżby więc ta nowa drużyna miała osiągnąć w najbliższej przyszłości wiele sukcesów? Może tak, może nie? Ma wiele wad. Brak charyzmatycznego trenera, zróżnicowany skład i poza tym spore różnice w koncepcji gry. Dlatego pokazuję jej "czarną kartkę": najwyższy czas zewrzeć szeregi, opracować taktykę, która pozwoli wygrywać mecze już po wdrapaniu się na pierwsze miejsce w tabeli, obrona pozycji lidera i takie jej wykorzystanie, by w następnym sezonie nie było wątpliwości, kto na ligowych boiskach rządzi. Radziłbym zwrócić też baczniejszą uwagę na drużynę w czerwono-białych barwach i nie lekceważenie jej. Ma ona co prawda opinię drużyny podwórkowej, której nieobce są boiskowe burdy, złośliwe faule i kpiny z orzeczeń sędziego, ale ma też sporą grupę kibiców czy może pseudokibiców, przychodzących na mecze rozrabiać, ale zawsze... Nawet oni są zdolni popsuć najlepszy misternie ułożony plan.

Kartka różowa

"Różową kartkę" pragnę przyznać nie drużynie, a sobie. Za naiwność. Za to, że wierzę, iż mecz to mecz, że kibic to kibic, że gra się fair. A także za nadzieję, że chodzi nie tylko o szmal i kasę, ale także o to, by stworzyć widowisko, w którym obowiązują jakieś reguły. Tłumy zebrane na trybunach są zdolne wybaczyć wiele, ale nie partactwa i nie taką grę zawodników, która budzi jedynie uśmiech politowania. Bo od niego wcale nie tak daleko do złości i rozrób nie tylko na trybunach, ale także na płycie boiska.

Marek Teschke

2003.07.23